wtorek, 6 marca 2012

Wielki krok Pete'a Conrada


Ta tematyka będzie się tutaj pojawiać dość często (o ile można mówić „często” w przypadku mojej skandalicznej częstotliwości publikowania czegokolwiek). Dawid, przenośnie mówiąc, poleciał bowiem w kosmos, zakręcił kółko wokół Księżyca i planuje tam zostać na dłużej. Wyrażając to samo nieco prościej, po kilku latach przerwy na poważniej zainteresowałem się tematem lotów kosmicznych, pochłaniając książkę za książką i powoli doprowadzając niektóre drogie mi osoby do stanu, w którym zastanawiają się, jakby tu całkiem dosłownie wynieść moje gadatliwe jestestwo na orbitę jakiejś planety. W przeciwieństwie do słynnej obietnicy Kennedy’ego, nie ma w tym wypadku mowy o sprowadzaniu wspomnianego jestestwa z powrotem.

Prawdopodobnie niedługo pojawi się tutaj tekst na temat sensowności lotów kosmicznych. Pojawi się jakieś marudzenie, dlatego nie latamy („my” w sensie „ludzie”) dalej niż na orbitę Ziemi. Będzie nieco patrzenia za horyzont, będzie coś o wielkich odkryciach, coś o przygodzie i padnie kilka wielkich słów. Czyli nadchodzące teksty nie będą się za bardzo różnić od planu wyjazdu Zakopianką na ferie zimowe.

Ponieważ jednak jest późno, a ja mam autentyczną ochotę dokończyć ten tekst o przyzwoitej porze, dziś będzie krótko i dość zabawnie. A wszystko zacznie się od słów, które chyba każdy przynajmniej raz w życiu słyszał:

„To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”.

20 lipca 1969, Neil Armstrong wychodzi na powierzchnię Księżyca i wypowiada historyczne słowa, których treści nie zdradził wcześniej nawet kolegom z Apollo 11. Słowa niczym ułożone do podręcznika historii – pasujące do kontekstu tak bardzo, że aż trudno było sobie wyobrazić, że wymyślił je stroniący od rozgłosu pilot odrzutowców, który w swoim zawodzie doskonalił się w zapyziałej bazie na środku pustyni Mojave.

Przynajmniej jedna Oriana Fallacci głośno powiedziała, że to pic na wodę i że Wielkie Słowa astronautów wymyśla jakiś okularnik przy biurku w dziale public relations NASA. Powiedziała to dość stanowczo – wyraziła bowiem swoją opinię podczas rozmowy z innym astronautą, Petem Conradem, gdy przygotowywała książkę o amerykańskich lotach w Kosmos.

Pete Conrad, no tak.

Conrad był zupełnie innym typem człowieka, niż zachowujący dystans Armstrong. Jeden z najniższych astronautów (to będzie ważne, zapamiętajcie), stanowił uosobienie klasycznego pilota testowego i nie bez podstaw rościł sobie pretensje do tytułu najlepszego lotnika w NASA. Był ekstrawertykiem, którego wiecznie trzymały się żarty (do Apollo 12 planował zabrać trzy wielkie czapki z daszkiem, które można było założyć na hełmy podczas spaceru po Księżycu; jego czapa miała mieć śmigiełko na czubku). Jakiś czas po rozmowie z Fallacci wykonał niemal idealne lądowanie, będące pierwszym w programie Apollo precyzyjnym posadzeniem lądownika księżycowego. Oprócz tego, irytował kontrolerów głośnym żuciem gumy podczas testów w symulatorach, a speców od PR przyprawiał o palpitacje serca tym, że każdy nieudany test kwitował całą serią przekleństw, nie dbając o to, czy mikrofon jest włączony, czy też nie.

Conrad był przeświadczony, że NASA nie dyktuje nikomu, co ma w danej chwili powiedzieć, a co najwyżej sugeruje, by astronauci mieli na uwadze powagę chwili. Był za to stuprocentowo pewien, że nikt nie będzie w stanie czegokolwiek podyktować jemu. Założył się więc z Fallacci o pięćset dolarów, że tu i teraz powie jej, jakie będą jego pierwsze słowa na Księżycu.

„Nie ma szans. Nie dadzą ci tego powiedzieć!”.

Zakład stoi.

I wyglądało to tak:


“Whoopee! That may have been a small one for Neil, but it was a long one for me”

“Może i dla Neila był to mały krok, ale dla mnie był całkiem spory”.

Conrad zakład wygrał, jednak według niego, nigdy nie otrzymał wygranej.

Whoopee. Mam ochotę znowu tutaj trochę popisać. Do poczytania wkrótce!

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Rozważania językowe

Czy studia lingwistyczne to studia jęzorskie, a lingwista to jęzoryk?

Gdzieś w bostońskiej piwnicy

Parę dni temu jeden z najbardziej renomowanych zawodników Canadiens, Mike Cammalleri poczynił dość niefortunne uwagi pod adresem swoich kolegów. Ponieważ Montreal nie należy do miejsc, gdzie do hokeja podchodzi się na spokojnie - a i Cammalleri dobrego sezonu nie miał - już w dwa dni później został sprzedany do Calgary Flames. O ile menedżer klubu argumentował, że wymianę planowano od miesiąca, to Canadiens postarali się, by całość pozostawiła wszystkim solidny niesmak. Zawodnika zatrzymano w przerwie meczu z Boston Bruins (po 2. tercji), wpakowano do taksówki i odesłano do hotelu, informując, że nie jest już dłużej członkiem składu Canadiens. Oto moja, nie do końca poważna wersja tych wydarzeń:

Niewiele pamiętał, gdy ocknął się przywiązany do krzesła gdzieś w piwnicy bostońskiego hotelu. Gdy godzinę wcześniej szedł na trzecią tercję z mentalnością zwycięzcy, nie spodziewał się, że wszystko tak się skomplikuje.

Głowa bolała go od potężnego ciosu jakimś tępo zakończonym przedmiotem. Nie miał już na nogach łyżew, chociaż był nadal ubrany w kompletny – z jednym wyjątkiem – sprzęt. Tym wyjątkiem była brutalnie zdarta z pleców bluza Montreal Canadiens, którą teraz czule pieścił kciukiem mężczyzna siedzący w fotelu naprzeciw. Jego twarz skrywał cień, a po jego lewej stronie stał potężny drab cuchnący potem i agresją. Mike Cammalleri popatrzył w drugą stronę i zmartwiał. Prawa dłoń człowieka w fotelu spoczywała na głowie siedzącej u jego stóp pantery. Cammalleri zmrużył oczy – wydawało mu się, że zwierzę jest ufarbowane w kolory quebeckiej flagi.

- Obudził się więc pan, monsieur… Cammalleri – odezwał się nieprzyjemnym głosem stojący kizior, wypowiadając nazwisko z takim wstrętem, jakby właśnie zobaczył banner za żałosne mistrzostwo konferencji – Monsieur Gauthier voudrait te communiquer que tu n’es plus…
- Nic nie rozumiem… – wymamrotał zdezorientowany hokeista. Odpowiedzią był cios w twarz.
- Nie przerywaj! Ty… Angliku! – ryknął bandzior, po czym poprawił marynarkę, która zmieściłaby chyba nawet kontrakt Scotta Gomeza i dodał spokojniej – J’ai dit, que Monsieur Gauthier chciałby ci zakomunikować, iż nie jesteś już godzien nosić bluzy Montreal Canadiens.
- ŚWIĘTA BLUZA! – huknęły znienacka chóry anielskie nie wiadomo skąd, a drab przyklęknął na jedno kolano. Gauthier zbliżył zmaltretowany trykot Cammalleriego do ust. Gdy sam zainteresowany odzyskał mowę po początkowym szoku, wykrztusił:
- Ale… Ale dlaczego?!
- Boś zawodnikiem jednowymiarowym, Angliku. Boś strzelił marnych dziewięć bramek, a i te wszystkie w przewadze, gdy ci wszyscy koledzy pod nos krążek podtykali i błagali, żebyś cokolwiek strzelił. A ileś podań napsuł, ileś razy w krążek nie trafił, ile żeś go stracił… O, takich wyczynów nawet ostatni żyjący świadkowie Pucharu Stanley’a nie pamiętają! – Drab nabrał powietrza – I za to wszystko bierzesz rok w rok sześć milionów dolarów wydartych z kieszeni biednych quebeckich dzieci, pracujących za grosze w fabryce, jak kiedyś Mauuuuriiiiice Riiiichaaard! – przy ostatnich słowach głos zakapiora przeszedł w wycie. Gauthier wbił paznokcie w skórę siedzącej pantery, która obnażyła zęby, jednak szybko się uspokoiła. Nie chciała zostać sprzedana do Islanders.
Mike Cammalleri zmarszczył brwi.
- To wszystko racjonalne powody, z którymi można dyskutować, jak na normalnych ludzi przystało. Nie ma powodu zachowywać się, niczym banda nawiedzonych durniów.
- CHCIAŁEM ZROBIĆ TĘ WYMIANĘ OD MIESIĄCA! SEZON NIE JEST STRACONY! – Gauthier zerwał się z wrzaskiem z miejsca, po czym opadł na fotel i zaczął ssać kciuk. Pantera kłapnęła zębami. Miała dość, niech ją sprzedają. W końcu – przy odrobinie szczęścia – może uda jej się wrócić do Miami.
- Panowie, to chyba jakiś chory żart – Cammalleri zaczął się niecierpliwić – Mamy mecz, gramy z Bostonem i możemy jeszcze wygrać. Każdy punkt jest na wagę złota, a ja przy odrobinie szczęścia mogę chłopakom pomóc. Pomyślcie o ekipie – kontynuował – Nie mają już dość na głowie? A trener? Jak można w trakcie meczu rozwalić trenerowi jedną z podstawowych linii?
- Nie oponował!
- A w jakim języku powiedzieliście mu, co się dzieje?
Odpowiedzią była chwila ciszy i cios w twarz.
- L’Anglais nie będzie nam mówił, jak się klub prowadzi! – Drab rozjuszył się na nowo – Jesteśmy Les Canadiens! Jesteśmy synonimem klasy! My nie przegrywamy! My się nie poddajemy! Nikt nigdy nie będzie nas nazywał przegrywaczami, choćbyśmy byli na 13. miejscu w konferencji i przegrali z Tampą prowadząc 3:1! Les Glo-rieux! Les Glo-rieux!
Hokeiście oczy wyszły z orbit, nie tylko dlatego, że jego oprawca zaczął opętańczo tańczyć niebezpiecznie blisko ogona obrażonej pantery.
- A więc to o to chodzi? O to że powiedziałem…
- OD MIESIĄCA! OD MIESIĄCA!
Drab zatrzymał się i wycedził:
- Stul dziób, L’Anglais i won z naszych oczu, bo zwierzęciem poszczuję! Zabieraj manele, właź do bagażnika i wracaj taksówką skąd żeś przyjechał, a ciesz się, że smoła i pierze nie dojechały do Bostonu na czas.
- To znaczy, że…
- Wymieniliśmy cię do Calgary.
- Trochę to nieładnie wygląda, wiecie? – próbował dyskutować Cammalleri.
- Ładne jest to, co my mówimy że jest.

P.S.: Wiem, że poważny temat powinien zostać poważnie potraktowany, jednak w tym tygodniu Montreal Canadiens A.D. 2012 ostatecznie pokazali, iż do poważnych tematów się nie zaliczają. Stąd więc nieco cyrkowe potraktowanie tego piekielnego cyrku na kółkach, jakim staje się klub pod rządami Geoffa Molsona i Pierre Gauthiera. Obrońców praw zwierząt zapewniam, że pantera wcale nie została podrapana. Fanów hokeja zapewniać nie muszę – ci wiedzą, że w tym sezonie Montreal nie może Panter nawet zadrapać.

sobota, 24 grudnia 2011

Merry Świąt!

On the occasion of Christmas approaching, I would like to wish to all of you a happy, joyous and calm time spent with your loved ones. May the Christmas spirit find you, may it hunt you and may it track you down. May it fight you on the beaches, on the landing ground, in the fields and in the streets. May it fight you on the hills. May it overcome you and defeat you and then may it honour you as its most glorious victory while it stands bloodied before its kind. And then, may the awed world hear it scream:

“I AM CHRISTMAS, HEAR ME ROAR!”

=====================================

Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia chciałbym wszystkim Wam życzyć szczęśliwego, radosnego i spokojnego czasu spędzonego z tymi, których kochacie. Niech duch Świąt odnajdzie Was, ruszy za Wami w pogoń i niech Was ostatecznie dopadnie. Niech walczy z Wami na plażach, na lądowiskach, na polach i na ulicach. Niech walczy z Wami na wzgórzach. Niech Was zmoże i niech Was pokona, a potem niech złoży Wam hołd jako swej najbardziej chwalebnej wiktorii, gdy stanie skrwawiony przed swym plemieniem. A wtedy, niech struchlały świat usłyszy jego wrzask:

„JAM JEST ŚWIĘTA, POSŁYSZ MÓJ RYK!”

wtorek, 13 grudnia 2011

Gdy będę już obrzydliwie bogaty...

Ahem, ekhem [z niejakim zakłopotaniem odgarnia pajęczyny]…

Dobra, przecież nie będę się tłumaczył, czemu tutaj się ostatnio niewiele pojawia. Miałem te, no, powody. Teraz się pojawi, więc nie ma sensu pisanie tekstu o tym, że nie pojawiło się, na przykład, wczoraj. Oglądałem ostatnio walkę UFC. Nie, nie na żywo, tak mnie jeszcze nie pogięło, żebym specjalnie leciał oglądać coś, co przy odrobinie pecha można mieć w nocnym autobusie. Siedziałem sobie spokojnie, nikomu nie wadząc, na karaoke w Wieży w TG i nagle na projektorze pojawił się Pudzianowski dający sobie czule po pysiu z innym, równie wielkim i naoliwionym przyjemniaczkiem.

Wybaczcie anglicyzm, ale naprawdę – couldn’t care less.

Ruchome obrazki mają jednak tę magiczną właściwość, że potężnie przyciągają wzrok, a ja siedziałem praktycznie pod samym ekranem frontem do niego. Trudno było więc, biorąc jeszcze pod uwagę dość powszechne zainteresowanie otoczenia walką, nie patrzeć, co się dzieje na ringu. Popatrzyłem więc i doszedłem do banalnej, ale nieodmiennie fascynującej obserwacji: jakże wiele zależy od kontekstu! Oto jako tryskający testosteronem, męski i heteroseksualny aż do bólu spektakl sprzedaje się walkę, w której nierzadko dochodzi do zwarć, gdzie te dwie wielkie, odziane tylko w gatki góry mięsa po prostu się obściskują. Jasne, wszystko po to, żeby sobie ostatecznie i tak dać po ryjach, ale i tak wygląda to zabawnie. Zwłaszcza że wystarczy jeden-dwa żarty na ten temat i już nie można inaczej patrzeć na te zapasy, jak na finał udanej randki. I tak właśnie, przy salwach śmiechu raz po raz, spędziliśmy walkę Pudzianowskiego z Tym Drugim. „O tak, bierz mnie tutaj, zwierzu!”… „Ale przecież ludzie patrzą”… „Niech patrzą, mam na ciebie ochotę tu i teraz!” – i tak bez mała dwieście stron. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, natomiast ja wpadłem na szatański pomysł.

Otóż kiedyś, gdy będę już ohydnie bogaty, gdy naprawdę nie będę miał co robić z pieniędzmi, gdy wszystkie atrakcyjne polinezyjskie wyspy będę kupione, gdy każde drogie auto będzie stało w garażu i gdy przy starcie rakiety na moje prywatne ranczo na księżycu będę ziewał… ustawię walkę UFC, czy innego podobnego mu mordobicia.

Wyobraźcie to sobie. Pełna arena ludzi, facetów w stylu macho, którzy swoje samiczki obejmują protekcjonalnie ramieniem, a trzy inne trzymają w różnych częściach miasta. Gości, którzy plują na poezję, czy balet, bo im się z „pedalstwem” kojarzy, którzy piją whisky i siedzą w drogich garniturach, patrząc z filistyńskim zadowoleniem, jak przed ich nosami dwóch kolesi rozkwasza sobie twarze i kopie się po piszczelach. Dostaliby coś takiego. Przez mniej więcej dwie i pół rundy.

A potem zaczęłoby się rodeo.

Kupiłbym dwóch zawodników o przygasłych karierach, ale dość głośnych nazwiskach by zapełnić widownię. Ustawiłbym ich do końca życia, bo po takim numerze trudno byłoby im znaleźć jakikolwiek angaż. Przez dwie i pół rundy mieliby się równo okładać, a potem… cóż, ujmijmy to, że dostaliby spore pieniądze, żeby się czule i bardzo namiętnie na ringu pogodzić. Nie chcielibyście tego zobaczyć? Nie, nie mam na myśli tego, co na ringu – to mnie akurat nie kręci, wręcz przeciwnie – ale reakcji widowni? Tych min z gatunku „co się tutaj dzieje…”, tego gasnącego plastikowego uśmiechu Ibisza i tego pędzącego do wyjścia Salety. Zaśmiewać się z plastikowych blondyn, które przyszły popatrzeć na krew i spocone mięśnie, a teraz nie wiedzą, czy się krzywić, czy jednak się gapić. Widzowie w telewizji mogliby oczywiście słuchać coraz bardziej jąkającego się komentatora - zanim zagłuszyłyby go szybko i sprawnie puszczone reklamy. Rzecz jasna, ochrona w arenie dostałaby ostrą broń, żeby przypadkiem nie dopuścić do linczu.

Tak, walka może byłaby i kupiona, ale za to byłaby niezapomniana. I już nikt nie mógłby patrzeć na bijatyki w klatkach inaczej niż przez pryzmat: „No chodź tu mój ty umięśniony wojowniku, niech no ja cię wymiziam!”.

poniedziałek, 17 października 2011

Troska o klienta

Czy Wam też się wydaje, że w przedsiębiorstwach pokroju poczty, PKP, czy komunikacji miejskiej wciąż jesteśmy traktowani, jak intruzi, którzy powinni co najwyżej odczuwać bezgraniczną wdzięczność za umożliwienie im skorzystania z niezbędnych do życia usług? Trochę to dziwne – idziecie do sklepu, gdzie sprzedawca coraz częściej wyłazi ze skóry, żebyście tylko zostawili u niego pieniądze. Gnie się w ukłonach, kusi promocjami, kolorowymi opakowaniami, kartami stałego klienta i do przesady pozwala sobie wylewać na łeb pomyje.

Wychodzicie więc z centrum handlowego (ups, pardon, galerii czy innej filharmonii handlowej), wchodzicie do autobusu i dostajecie w dziób czymś takim:




Nie rób tego! Nie rób tamtego! ZABRANIA SIĘ! Uffff... Aż głowa boli.

Dodam, że nie chciało mi się szukać naklejek straszących wpisem do rejestru dłużników, czy hasłem „Nie kasując biletu gwarantujesz sobie powrót do przeszłości”. Co konkretnie gwarantuję sobie kasując bilet, już niestety nie sprecyzowano. Jako osobnik zawsze jeżdżący z ważnym biletem mogę stwierdzić, że nie gwarantuję sobie punktualności, wygody, czy uprzejmości kierowców. Na zdjęciach ucięło także „NIE OPIERAĆ SIĘ O SZYBĘ”.

Mój ulubiony? „ŻĄDASZ CZYSTOŚCI – UTRZYMUJ JĄ SAM!”. Wiem, że chodzi o to, żeby nie śmiecić dookoła, jednocześnie marudząc na zabrudzone środki transportu. Efekt jest jednak dwuznaczny i w połączeniu z ogólną atmosferą miejsca, podejrzanie brzmi jak: „Jak se chcesz, co by było posprzątane, w to kącie jest miotła – JA w końcu sprzątać nie bede!”

P.S.: Tak, żyję, po prostu ostatnio mi się nie chciało.

piątek, 9 września 2011

Czarne lato




Dla fanów hokeja lato 2011 roku będzie jednym z najczarniejszych okresów w historii tego sportu. Zaczęło się w maju od śmierci (przedawkowanie środków przeciwbólowych w połączeniu z alkoholem) zawodnika New York Rangers od „zadań specjalnych” Dereka Boogarda. W sierpniu w ciągu dwóch tygodni samobójstwo popełniło dwóch kolejnych „chłopców od bijatyk”: Rick Rypien oraz Wade Belak. Gdy wydawało się, że gorzej być już nie może, pod Jarosławiem w Rosji rozbił się samolot wiozący drużynę lokalnego Lokomotiwu. Z 45 osób zginęły 43 – w chwili obecnej dwóch ludzi walczy o życie. Jedyny ocalały hokeista, Aleksandr Galimow, jest w szpitalu z poparzeniami około 90% powierzchni ciała. Wikipedia twierdzi, że poparzenia 15% powierzchni u osób dorosłych zagrażają życiu, dośpiewajcie sobie resztę sami.

Co można powiedzieć albo napisać w takiej chwili? Od wszystkich innych katastrof ta wczorajsza odróżnia się dla mnie tym, że zginęli ludzie, którzy nie byli dla mnie – przynajmniej niektórzy – anonimowi. Ich grę rozkładało się przez ostatnie lata na czynniki pierwsze, orientowałem się, ile zarabiają, czytałem co sądzą o swoich kolegach, jak gra im się w nowych miejscach. Głowę dosłownie rozsadza myśl, jak wielu z nich dopiero przyjechało do Rosji, czy do Jarosławia – przykładowo, dla trenera Brada McCrimmona była to pierwsza posada głównego szkoleniowca, która pewnie miała być wprawką przed objęciem ekipy NHL.

Pavola Demitrę poznałem osobiście. Nie chcę drugi raz pisać tego samego, oto co napisałem na gorąco wczoraj na NHL.com.pl:

„Chciałem grać w Nowym Jorku, ale ostatecznie zdecydowałem się pójść w innym kierunku”. To nie tak miało wyglądać. Miała być emerytura w KHL, miały być występy w coraz słabszych klubach i ostatecznie może powrót do Trenczyna. Miało być pokazywanie się na hokejowych imprezach w roli chodzącej legendy, potem może praca w roli trenera.

Pavola Demitrę chyba na zawsze zapamiętam z restauracji. Dopiero przyjechaliśmy do Trenczyna i poszliśmy do sympatycznie wyglądającej knajpki na kolację, gdy do lokalu wszedł właśnie były napastnik St.Louis razem z żoną. Poprowadzono ich dyskretnie do zarezerwowanego stolika, a następnie rozstawiono parawan, by dumie miasta nie przeszkadzały wybałuszone oczy fanów, takich jak my. Demitra był chodzącym symbolem tego, że jestem przez chwilę w kraju, gdzie oglądani na ekranach telewizorów gwiazdorzy chodzą spacerkiem po ulicach i nawet zachowują się, jak normalni ludzie.

Nie mogę powiedzieć, żebym Demitrę znał, czy nawet poznał. Miałem szczęście rozmawiać z nim parę chwil zaledwie raz, jednak wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wiem, że w takiej chwili jak dziś, o każdym pisze się ten sam standardowy zestaw pochwalnych określeń, a myślę, że prawdopodobnie najlepszy słowacki hokeista zasługuje na to, by mu standardu oszczędzić. Napiszę więc tylko, że w ciągu tych paru spędzonych z nim minut, Pavol Demitra sprawiał wrażenie człowieka o sporym poczuciu humoru, któremu nie brakowało wewnętrznego spokoju. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wierzyć, że ten wewnętrzny spokój pozostał w nim do samego końca.


LINK DO TEKSTU I WYWIADU

Ręce opadają, gdy czyta się doniesienia z Jarosławia, a potem zaciskają się w pięści. Dlaczego zarabiający miliony dolarów zawodnicy jednej z najlepszych ekip drugiej najpotężniejszej ligi na świecie latają dwudziestoletnimi gruchotami, które mają zakaz wstępu na teren Unii Europejskiej? Dlaczego – podobno – wolno rozpędzający się samolot za wszelką cenę próbował wystartować, mimo że nie udało mu się oderwać od ziemi w połowie pasa, czyli tam gdzie wystartować powinien? Dlaczego kilkudziesięciu młodych ludzi zostaje unicestwionych w mgnieniu oka, bo coś się schrzaniło, coś pękło, coś się rozleciało i nie ma już nic, tylko spadające kawałki czegoś, co jeszcze przed chwilą miało kształt, cel i było czymś więcej niż płonącą metalową trumną na brzegu rzeki.

Niech to szlag. Niech to wszystko po prostu szlag.



Witalij Anikiejenko
Michaił Bałandin
Giennadij Czuriłow
Pavol Demitra
Robert Dietrich
Artiom Jarczuk
Marat Kalimulin
Aleksandr Kalianin
Andriej Kiriuchin
Nikita Kliukin
Stefan Liv
Jan Marek
Siergiej Ostapczuk
Karel Rachůnek
Rusłan Salej
Kārlis Skrastiņš
Pawieł Snurnicyn
Danił Sobczenko
Maksim Szuwałow
Iwan Tkaczenko
Pawieł Trachanow
Jurij Uryczew
Josef Vašíček
Aleksandr Wasiunow
Ołeksandr Wiuchin

Sztab szkoleniowy i medyczno-techniczny:
Brad McCrimmon – trener
Aleksandr Karpowcew – asystent trenera
Igor Korolew – asystent trenera
Jurij Bachwałow – operator kamery
Aleksandr Biełajew – menadżer sprzętu / masażysta
Nikołaj Kriwonosow – trener fitness
Jewgienij Kunnow – masażysta
Wiaczesław Kuzniecow – masażysta
Władimir Piskunow – administrator
Jewgienij Sidorow – trener ds. analiz
Andriej Zimin – lekarz drużyny

Załoga:
Andriej Sołoncew – dowódca
Igor Żewiełow – drugi pilot
Władimir Matiuszkin – inżynier pokładowy
Siergiej Żurawlew – mechanik pokładowy
Nadieżda Maksumowa – stewardesa
Jelena Sarmatowa – stewardesa
Jelena Szawina – stewardesa