Ta tematyka będzie się tutaj pojawiać dość często (o ile
można mówić „często” w przypadku mojej skandalicznej częstotliwości
publikowania czegokolwiek). Dawid, przenośnie mówiąc, poleciał bowiem w kosmos,
zakręcił kółko wokół Księżyca i planuje tam zostać na dłużej. Wyrażając to samo
nieco prościej, po kilku latach przerwy na poważniej zainteresowałem się
tematem lotów kosmicznych, pochłaniając książkę za książką i powoli
doprowadzając niektóre drogie mi osoby do stanu, w którym zastanawiają się,
jakby tu całkiem dosłownie wynieść moje gadatliwe jestestwo na orbitę jakiejś
planety. W przeciwieństwie do słynnej obietnicy Kennedy’ego, nie ma w tym
wypadku mowy o sprowadzaniu wspomnianego jestestwa z powrotem.
Prawdopodobnie niedługo pojawi się tutaj tekst na temat
sensowności lotów kosmicznych. Pojawi się jakieś marudzenie, dlatego nie latamy
(„my” w sensie „ludzie”) dalej niż na orbitę Ziemi. Będzie nieco patrzenia za
horyzont, będzie coś o wielkich odkryciach, coś o przygodzie i padnie kilka
wielkich słów. Czyli nadchodzące teksty nie będą się za bardzo różnić od planu
wyjazdu Zakopianką na ferie zimowe.
Ponieważ jednak jest późno, a ja mam autentyczną ochotę
dokończyć ten tekst o przyzwoitej porze, dziś będzie krótko i dość zabawnie. A
wszystko zacznie się od słów, które chyba każdy przynajmniej raz w życiu
słyszał:
„To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla
ludzkości”.
20 lipca 1969, Neil Armstrong wychodzi na powierzchnię
Księżyca i wypowiada historyczne słowa, których treści nie zdradził wcześniej
nawet kolegom z Apollo 11. Słowa niczym ułożone do podręcznika historii –
pasujące do kontekstu tak bardzo, że aż trudno było sobie wyobrazić, że
wymyślił je stroniący od rozgłosu pilot odrzutowców, który w swoim zawodzie
doskonalił się w zapyziałej bazie na środku pustyni Mojave.
Przynajmniej jedna Oriana Fallacci głośno powiedziała, że
to pic na wodę i że Wielkie Słowa astronautów wymyśla jakiś okularnik przy
biurku w dziale public relations NASA. Powiedziała to dość stanowczo – wyraziła
bowiem swoją opinię podczas rozmowy z innym astronautą, Petem Conradem, gdy
przygotowywała książkę o amerykańskich lotach w Kosmos.
Pete Conrad, no tak.
Conrad był zupełnie innym typem człowieka, niż
zachowujący dystans Armstrong. Jeden z najniższych astronautów (to będzie
ważne, zapamiętajcie), stanowił uosobienie klasycznego pilota testowego i nie
bez podstaw rościł sobie pretensje do tytułu najlepszego lotnika w NASA. Był
ekstrawertykiem, którego wiecznie trzymały się żarty (do Apollo 12 planował
zabrać trzy wielkie czapki z daszkiem, które można było założyć na hełmy
podczas spaceru po Księżycu; jego czapa miała mieć śmigiełko na czubku). Jakiś
czas po rozmowie z Fallacci wykonał niemal idealne lądowanie, będące pierwszym
w programie Apollo precyzyjnym posadzeniem lądownika księżycowego. Oprócz tego,
irytował kontrolerów głośnym żuciem gumy podczas testów w symulatorach, a
speców od PR przyprawiał o palpitacje serca tym, że każdy nieudany test
kwitował całą serią przekleństw, nie dbając o to, czy mikrofon jest włączony,
czy też nie.
Conrad był przeświadczony, że NASA nie dyktuje nikomu, co
ma w danej chwili powiedzieć, a co najwyżej sugeruje, by astronauci mieli na
uwadze powagę chwili. Był za to stuprocentowo pewien, że nikt nie będzie w
stanie czegokolwiek podyktować jemu. Założył się więc z Fallacci o pięćset
dolarów, że tu i teraz powie jej, jakie będą jego pierwsze słowa na Księżycu.
„Nie ma szans. Nie dadzą ci tego powiedzieć!”.
Zakład stoi.
I wyglądało to tak:
“Whoopee!
That may have been a small one for Neil, but it was a long one for me”
“Może i dla Neila był to mały krok, ale dla mnie był
całkiem spory”.
Conrad zakład wygrał, jednak według niego, nigdy nie
otrzymał wygranej.
Whoopee. Mam ochotę znowu tutaj trochę popisać. Do
poczytania wkrótce!


